| Spis treści |
|---|
| Maroko 2008 |
| Dzień trzeci |
| Dzień czwarty |
| Dzień piąty |
| Dzień szósty |
| Dzień siódmy i powrót |
| Dzień trzeci |
| Dzień czwarty |
| Dzień piąty |
| Dzień szósty |
| Dzień siódmy i powrót |
| Wszystkie strony |
Podobno nie ma przypadków, to miał być standardowy wyjazd do Egiptu. Słoneczko, basen, nieróbstwo. Podczas rezerwacji wpadła mi jednak w oczy oferta Last Minute do Maroka. Ten kierunek kręcił mnie od zawsze, ale wydawał się być za drogim. Teraz ceny spadły, więc szybka narada rodzinna i jedziemy.
Maroko 2008
Jest nas troje Moja 11 letnia córka Ola pełna nadziei na godziny nad basenem i na brązową opaleniznę, którą zaszpanuje po feriach. Żona Agnieszka licząca na dobre jedzenie i zakupy i ja 40 latek pełen niespełnionych marzeń o trampingach przez nieznane wysokie góry, o przygodzie ot taki nie do końca dorośnięty Staś Tarkowski. Trzy różne cele, troje ludzi, jedne rodzinne wakacje, żebyśmy tylko sobie głów nie pourywali. Do tego ja zabieram aparat, co znaczy, że co chwile będę starał się uwiecznić jakiś detal albo plan ogólny. Moje panie tego nie cierpią.
Lot jest z Warszawy a my z Krakowa do tego na Okęciu trzeba być o 7.15 Rano, czyli grubo przed przyjazdem pierwszego ekspresu. Oznacza to przejazd nocnym pociągiem, co do przyjemności nie należy. Ponieważ nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło łudzę się ze po nieprzespanej nocy uda mi się przespać w samolocie. Nie wiem czy wspominałem, panicznie boje się latać. Krótki kołowrót na lotnisku i punktualnie o 9.55 Airbus 320 z nami na pokładzie odrywa się od pasa. Po 5 niezbyt przyjemnych godzinach w brzuchu blaszanego ptaka siadamy na lotnisku w Agadirze. Oczywiście nie zmrużyłem oka. Przestudiowałem za to 3 przewodniki w tym duży Pascala. Jeszcze kilka sekund i wyobrażenia zostaną skonfrontowane z rzeczywistością. Stajemy na schodkach i… ostre południowe słoneczko opiera się o nasze twarze. Jest naprawdę bardzo bardzo gorąco. Przemiła pani z biura odbiera nas i po 30 minutach kwaterujemy się w hotelu. Przestawienie zegarków, jest 15.30 czasu lokalnego. Kolacja o 18.30, wcześniej o 17.30 spotkanie z rezydentem. Pani mówi o trzech zasadach: nie jadać na mieście, nie podróżować poza miasto transportem lokalnym, unikać samotnych spacerów po zmroku, oczywiście nie będziemy ich przestrzegać. 30 minut później mamy już wynajęty transport. Samochód z kierowcą, wyruszamy w Antyatlas przecież jutro jest środa, czyli dzień regionalnego targu ( Souk) w Tafraoute.Kierowca ma przyjechać jutro o 7.00 więc po szybkiej kolacji i upewnieniu się, że śniadania są od 6.00 krótki wypad na nocne zdjęcia na górująca nad Adagirem kazbę i do spania.
Wstajemy rano, czyli o 5.30 na szczęście dzięki różnicy czasu to dla naszych zegarów biologicznych 6.30. Szybka toaleta, potem śniadanie i o 7.00 stawiamy się przed hotelem. Naszym kierowcą okazuje się przemiły, płynnie mówiący po angielsku Berber. Również nasz samochód Hyundai H1 okazuje się być przestronny i czysty, co jest miłym zaskoczeniem w porównaniu z tym, co do tej pory widzieliśmy na ulicach. 7.00 To jeszcze zmrok, dowiadujemy się ze słońce wzejdzie za około 45 minut. Co prawdopodobnie pozwoli nam zobaczyć wschód słoneczka nad Antyatlasem, który jest naszym celem na dziś. Najpierw musimy jednak opuścić czterystutysięczną aglomeracje Agadiru. Jego centrum i część Nadatlantycka jest bardzo reprezentacyjna, prawdziwe Maroko spotykamy jakieś 15 kilometrów dalej, począwszy od Inezgane czyli północnego przedmieścia. Tu po raz pierwszy spotykamy grupki ludzi czekających na coś przy głównych ulicach. Są to zarówno kobiety jak i mężczyźni, część z nich to bardzo młode nastolatki, prawie dzieci. Jak później się dowiemy czekają na pracę Susaria, której głównym ośrodkiem jest właśnie Agadir to kraina ograniczona od północy Atlasem od południa i wschodu łukiem Antyatlasu a od zachodu Atlantykiem. To „zamknięte” położenie w połączeniu z przepływającą przez jej środek rzeką Sus sprawiają, że jest to wymarzony region pod różnorakie uprawy począwszy od najsmaczniejszych (także naszym zdaniem) pomarańczy przez inne owoce do warzyw z tak popularnymi w naszych sklepach marokańskich ziemniaków. Tak intensywne rolnictwo wymaga dużej ilości robotników rolnych i na zatrudnienie w tych latyfundiach czekają właśnie wspomniane osoby na ulicach.
Po 45 minutach jazdy pośród ciemności nasz kierowca zaproponował postój na środku niczego. Z chęcią wysiedliśmy na papierosa, ale podejrzewaliśmy problem z autem. Nasz kierowca stwierdził lakonicznie, że z samochodem wszystko OK a my mamy sobie 3 minuty poczekać. (zdjęcie 2) Jakież było nasze dziwienie, gdy nagle ponad góry dosłownie wyskoczyło słońce. W ostatniej chwili zdążyłem podnieść aparat, na zakładanie filtrów czasu już nie było, wszystko trwało może pól minuty i cała równina została skąpana w słonecznym blasku. Po raz pierwszy mrużąc oczy zobaczyliśmy cel naszej wycieczki - masyw Antyatlasu. (zdjęcie 3) Teraz staje przed zadaniem niewykonalnym w kilku słowach mam opisać jedne z najpiękniejszych i dla mnie kompletnie nieziemskie widoki, jakie przez następne 2 godziny przewijały się przed przednią szybą. Niebo tak niebieskie, że aż granatowe, czerwień i żółć skał, przepaście i szczyty. Góry, które znamy zwykle są schowane pod drzewami tu atakują nas każdą zmarszczką, każdym żlebem. Czasami nie byłem pewnym czy na pewno ciągle jesteśmy na Ziemi czy może to już Mars? Jedynie przyklejone co jakiś czas wsie i ludzie widziani na dnie dolin ale i na niedostępnych szczytach upewniają, tak to ciągle Ziemia. (zdjęcie 4)
Wreszcie dojeżdżamy. Samo miasteczko pomimo cotygodniowego souku raczej senne. Trochę odzieży, trochę owoców, jedno czy dwa stoiska z przyprawami. Zakupy robią głownie kobiety, mężczyźni dyskutują, piją herbatę, czasami grają w domino. Kupujemy kilka pamiątek, dwie garście suszonych daktyli. Jeszcze tylko chwilka na herbatę w stylu marokańskim i ruszamy do odległej o 3 kilometry doliny Ameln. Widowisko przygotowane przez naturę po raz kolejny sprawia, że brakuje nam słów by opisać to, co przed nami. Palec, Kapelusz Napoleona czy Przytulona Para to tylko przykłady. Co dostrzeżesz w tych skałach zależy tylko od twojej wyobraźni. Migawka aparatu strzela jak szalona, chciałoby się zostać dłużej, ale przed nami jeszcze słynący ze srebra Tiznit, więc ruszamy w drogę. Kolejny przystanek to Col du Kerdus, to położona 1100 m n.p.m. przełęcz znów sprawia, że szczęka uderza o podłogę. Chyba nigdy w życiu do tej pory nie spotkałem się z tak olbrzymim wrażeniem przestrzeni w około. Co dziwne, moja trochę już zmęczona i niemogąca się doczekać wizyty w Tiznit, córka zastyga w milczeniu podziwiając widoki. Błękit, czerwień, zieleń tarasowych pól. Wszystkie możliwe formy i kształty. To trzeba zobaczyć tego nie da się opisać. (zdjęcie 5)
Po niecałej godzinie, którą przejeżdżam przechylony w lewo, bo po prawej urwisko, takie irracjonalne zachowania są u mnie na porządku dziennym, pomimo że nie ja prowadzę, docieramy do mostu na rzece Tezeroualt. Tu napotykamy na typowo marokański korek czyli spore stado owiec przeganiane do wodopoju. Dobrze, że wziąłem naprawdę sporo kart do aparatu. Okolice rzeki to już zieleń palm, ale i trawy. Tak soczysta zieleń, że aż oczy pieką. Jedziemy jednak dalej czasu coraz mniej a i moje panie chcą mieć czas na wybór słynnych sreber. Około 16.00 docieramy do Tiznit. Miasto składa się z dwóch nie do końca przystających do siebie części. Medyna za murami jest pełna berberyjskiego uroku, natomiast Nowe Miasto z szerokimi alejami jest raczej nie ciekawe. Lunch. Pierwszy raz próbujemy tażin. Rozpadający się w ustach drób + kiszone cytryny +tajemne przyprawy. Długo będziemy to pamiętać. Tak nam się wydaje. Do tego oczywiście sok pomarańczowy. Nie zamknę tego w jednym zdaniu, bo sok pomarańczowy w Maroku to coś, co zasługuje na osobny akapit.
Teraz kilkanaście dni po powrocie tym, czego brakuje mi najbardziej jest właśnie smak soku ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Dla nas pomarańcza to pomarańcza, tymczasem jest ich 28 odmiany. Różnice w smaku soczystości czy kolorze są niezwykłe, Dopiero mieszanka szczególnie dobranych odmian daje naprawdę porażający efekt. Podawany sok jest zwykle tak gęsty, ma w sobie tyle miąższu, że słomka stoi w nim pionowo. Dziś już wiem, że to, co kupisz w kartonie czy nawet sam wyciśniesz w domu tak naprawdę nie ma nić wspólnego z PRAWDZIWYM sokiem pomarańczowym. A ten w Maroku dostępny jest wszędzie. Na placach, na soukach, w restauracjach czy na plaży. Za 3 dirchamy czyli 1 zł możesz go kupić u ulicznego sprzedawcy w restauracji kosztuje około 8 dirchamów. Wybieraj jednak tylko takie miejsca gdzie sok wyciskają koło ciebie tylko w tedy możesz być pewnym, że nie rozcieńczają go wodą. Jeżeli jedynym powodem wyjazdu miałoby być wypicie kilku szklanek to i tak warto. (zdjęcie 6)
Po lunchu czas na zakupy. Trafiamy do warsztatu gdzie na naszych oczach grupa rzemieślników zamienia matowe sztaby srebra w przecudnej urody biżuterię o ornamentach innych niż te widywane w Europie. Żona i córka wybierają kilka wzorów, kolczyki, pierścionki, bransoletki, zawieszki na szyję. Cena, którą słyszymy od sprzedawcy przeraża nas to ponad 300$. Negocjacje sprowadzają do 100$ czyli 770 dirchamów to jednak ciągle za wiele naszym zdaniem. Wychodzimy więc z niczym. Jakie jest jednak nasze zdziwienie, gdy przy samochodzie czeka na nas syn sprzedawcy twierdząc, że 400 dirchamów będzie OK i pokazuje nam zapakowane w ozdobne pudełeczko precjoza. Podajemy sobie ręce i transakcja dochodzi do skutku. Krótki spacer po medynie i decydujemy się na powrót do Agadiru jeszcze około 90 km które mijają na podziwianiu płaskiej jak stół Susarii i jej farm. Około 18.00 Jesteśmy powrotem w Hotelu. Na naszą uwagę, że jesteśmy szczęśliwi, ale zmęczeni kierowca proponuje nam kolejną wycieczkę, tym razem relaks + dziedzictwo + kontakt z prawdziwym Maroko. Pytamy o koszt, odpowiada, że taki jak dziś i w cenie będzie lunch. Zgadzamy się. Więc do zobaczenia o 8.00. Kolacja, prysznic i znikamy w pościeli.
Podsumowując: Taką wycieczkę polecam wszystkim tym dla których sam przejazd i widoki są ważniejsze od celu wycieczki. Jeżeli się na nią zdecydujesz postaraj się zorganizować ją w środę kiedy jest miejscowy souk. Nie polecane dla osób z lękiem przestrzeni i z chorobą lokomocyjną. Panie wybierające sięw opisane miejsca powinny mieć długie spodnie, lub spódnice i coś co zasłania dekolt i ramiona. Mieszkańcy Antyatlasu są dość tradycyjni i taki strój pozwoli uniknąć uszczypliwych uwag. To tego chroni przed bardzo intensywnym słońcem bez względu na porę roku i ustrzeże przed poparzeniami. Koszt całkowity bez pamiątek dla rodziny 2+1 to około 300 zł, cena zawiera przejazd, lunch, herbatę i owoce.
Irek czyli blurppp, prawie codziennie pisze o tym co dookoła i nie tylko o tym.
Nowe zdjęcia, fragmenty nie publikowanych relacji, foto porady.
Zapiski z pustyni, blog blurppa
Musimy tu wrócić, taka myśl kołatała mi się po głowie ,kiedy w lutym 2008 wsiadaliśmy w Agadirze do samolotu. Maroko nas oczarowało, choć ledwie mieliśmy okazję je powąchać. Wrócić udało się po prawie dwóch latach w styczniu tego roku.
Więcej … Maroko 2010
Komentarze
amoxicillin
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.